| Gruntowanie fundamentem wędkarstwa cz. II |
|
Opiszę tutaj moją technikę gruntowania, ale każdy powinien robić to w ten sposób, aby w efekcie mieć perfekcyjne rozpoznanie łowiska pod kątem głębokości, ukształtowania dna i znajdujących się tam przedmiotów oraz roślinności. Przede wszystkim należy rozróżnić typ wody na którym będziemy łowić. Na wodzie stojącej głównym zadaniem będzie znalezienie jednego, naszym zdaniem najlepszego miejsca, w które będziemy wkładali zestaw. Na wodzie płynącej, czyli na rzekach i płynących kanałach również możemy szukać miejsca do wstawienia i przytrzymania zestawu, ale możemy także skusić się do łowienia na przepływankę, a wtedy oprócz znalezienia miejsca do wsadzenia zestawu musimy poznać trasę spływu naszego zestawu. Zacznijmy od wody stojącej. Kiedy znajdę się już na wybranym przez siebie stanowisku, są tylko dwie możliwości jego wstępnego rozpoznania: albo już tutaj byłem i je znam, albo nie byłem i muszę poznać. W obu przypadkach podchodzę do gruntowania trochę inaczej. Jeżeli znam łowisko, to mam o tyle łatwiej, że:
Tak więc gruntownie znanego łowiska jest dla mnie przede wszystkim sprawdzeniem, czy coś nie zmieniło się od ostatniego razu pod względem jego zarastania lub, czy nie przybyły na nim jakieś niespodziewane przedmioty (gałęzie, zatopiona łódka, topielec itp.). Muszę jeszcze przypomnieć sobie oczywiście jak przebiega charakterystyka dna, natomiast technika i taktyka samego łowienia uzależniona jest od warunków danego dnia, a więc, to, że poprzednio ryby brały z dna nie oznacza, że tak będzie dzisiaj, bo może okazać się, że inaczej namoczona zanęta, zmiana ciśnienia, kierunku wiatru, jego siły, czy jakikolwiek inny czynnik spowoduje ustawienie się ryb 20 cm nad dnem i pobieranie pokarmu tylko z opadu, ale to jest temat na inny artykuł. Jak zatem wygląda gruntowanie w łowisku, na którym znalazłem się po raz pierwszy? Najlepiej, jeżeli w niedalekiej okolicy znajdują się jacyś wędkarze łowiący na nieprzelotowy spławik, bo z obserwacji ich zestawu mogę mieć jakiś obraz charakterystyki głębokości mojego stanowiska na określonej odległości od brzegu. Amatorzy łowienia na wędkę ze spławikiem z dalszych odległości mogą nieco zakłócić ten obraz, bo sześciometrowa głębokość 30 metrów od brzegu ma się nijak do zasięgu mojej wędki. Najgorzej sytuacja wygląda z gruntowcami. Szczerze mówiąc bardzo rzadko mają oni pojęcie o głębokości łowiska i jeżeli już, to najlepiej pytać się ich ogólnie, czy jest płycizna, czy głębia. Jeżeli przeprowadzenie wywiadu jest niemożliwe lub niewskazane to muszę sam, na wyczucie zdecydować o pierwszym wyborze zestawu do którego założę gruntomierz. Wyboru dokonuję na podstawie obserwacji dna z brzegu, chociaż nawet przy bardzo czystej wodzie ciężko jest wypatrzeć grunt 11 do 13 metrów od brzegu nawet w okularach antypolaryzacyjnych. Dużo można wywnioskować po spadzie dna przy brzegu, jeśli jest on dosyć ostry w zasięgu wzroku, to można założyć, że dalej powinno być jeszcze głębiej. Częstą cechą miejsc płytkich jest natomiast utrudnione lub wręcz niemożliwe wejście w krótkich kaloszach na brzegu i ciągnąca się później równa głębokość na długość wzroku. W takich miejscach najczęściej spodziewam się na końcu wędki od 80 centymetrów do półtora metra. Ważnym czynnikiem określenia głębokości jest też roślinność podwodna i nadwodna. Na przykład trzcina rosnąca wzdłuż brzegu sugeruje do jej końca wodę płytką i jeżeli wychodzi na wodę stosunkowo krótko, to może oznaczać, że dalej zaczyna się skarpa z głębszą wodą. Gęste i daleko wychodzące na wodę połacie trzciny przeważnie oznaczają wodę płytszą, chociaż zdarzają się miejsca długo płytkie, a potem raptownie dno się urywa. Warto również obserwować roślinność zanurzoną, chociaż większość roślin spokojnie może rosnąć na pół metrze, jak i na 4 metrach głębokości, więc ich występowanie niewiele nam powie. Najwięcej informacji może dostarczyć roślinność o długich łodygach dorastająca do samej powierzchni, ponieważ koniec ich występowania sugeruje tereny o konkretnej głębokości. Natomiast ważną informacją jest dla mnie występowanie roślinności podwodnej w zasięgu wzroku oraz jej gęstość, gdyż może to sugerować obecność zielska na dnie również kilkanaście metrów dalej. Tak, czy owak, jeżeli nie znam łowiska, to pierwszy wybór zestawu jest w znacznym stopniu przypadkowy, bardziej związany z moim życzeniem niż z rozszyfrowaniem niewidocznej głębokości. Ze względu na oszczędności i logikę moje zestawy o gramaturach spławika do 0,5 grama mają długość 3 metry, do 1 grama 4 metry, a powyżej 5 metrów, dlatego jeżeli nie mam zielonego pojęcia o głębokości łowiska, a warunki atmosferyczne nie stwarzają większych problemów, zaczynam od zestawów lekkich, przeważnie biorę taki w okolicach 0,4 grama. Na haczyk zakładam na początek 8 gramowy gruntomierz z korkiem, szykuję miej więcej 2 metry głębokości i wyjeżdżam zestawem na wprost. Po 5, 6 metrach wstawiam zestaw i jeżeli spławik wystaje ponad wodę wysuwam kolejne 3 metry powtarzając zabieg, a ostatnim przystankiem jest koniec tyczki. Jeżeli na końcu wędki spławik znajduje się nad wodą, to mniej więcej co 2 metry wkładam zestaw z gruntomierzem na lewo i prawo, aby sprawdzić, czy nie trafię gdzieś na jakąś dziurę lub ostry spad. Jeśli spławik ciągle znajduje się nad wodą, to zaczynam wykonywać takie same skoki w kierunku brzegu sprawdzając, czy tutaj nie spotka mnie jakaś niespodzianka w postaci dołka (nie przytrafiło mi się to jeszcze nigdy na jeziorze, czy zalewie, ale trafiało się na żwirowni i gliniance). Kiedy mam sprawdzony pobieżnie teren do zasięgu wędki, to wtedy wchodzę do wody, jeżeli to możliwe lub wysuwam maksymalnie tyczkę do przodu i sprawdzam głębokość jak daleko się da, niekoniecznie żeby tam łowić, ale żeby nie przegapić czegoś strategicznego jak na przykład rozpoczynająca się skarpa oraz żeby wiedzieć czy i z jakim spadkiem dna mam do czynienia. Dopiero po tej czynności siadam ponownie na koszu i wstawiam zestaw w miejsce, które wydało mi się najgłębsze, starając jak najlepiej zapamiętać odległość spławika od wody, czyli odległość o którą muszę zmniejszyć grunt. I tutaj muszę wyjaśnić początkowy wybór gruntomierza z korkiem. Otóż na łowisku zupełnie nieznanym może okazać się, że na końcu tyczki mam do czynienia z ostrą skarpą o twardym dnie, po którym okrągły gruntomierz Stonfo po prostu się stacza, co właściwie uniemożliwia wstępne oszacowanie głębokości. Właśnie dlatego wybieram najpierw przyrząd z płaskim dnem, co daje dużo lepszą przyczepność do możliwego stromego podłoża.
Drugą możliwością wyjazdu z losowo wybranym zestawem może być jego zanurzenie na 5, 6 metrze od brzegu, co oczywiście skłania mnie do zwiększenia gruntu, jeżeli i to nie pomoże, to muszę zmienić zestaw na cięższy i dłuższy. Załóżmy, że zmieniłem zestaw na 0,8 grama i ustawiłem 3 metry głębokości. Znowu wkładam go po 5 metrach i jeżeli spławik jest nad wodą, to sprawdzam dalej na 9 metrze i na końcu wędki. Jeżeli i ten okazuje się za krótki, to zmieniam go do skutku, czyli aż na maksymalnym zasięgu tyczki będę widział spławik, podczas, gdy gruntomierz będzie na dnie, nawet, gdybym musiał dowiązać żyłkę do zestawu. Oczywiście po osiągnięciu dna wykonuję wstępne gruntowanie łowiska, dokładnie tak samo, jak już wcześniej opisałem. Gdyby natomiast okazało się, że po wyjeździe z zestawem 0,4 grama na końcu wędki mam mniej niż 1,5 metra głębokości, to zdecydowanie zmniejszyłbym wyporność zestawu przed dalszym gruntowaniem, chyba, że warunki atmosferyczne by na to nie pozwoliły. Nie mniej za drugim lub trzecim razem udaje mi się ustawić spławik tak, aby wystawał mniej więcej do połowy wysokości w miejscu uznanym przeze mnie za najgłębsze. Pierwszą czynnością po tym ustawieniu jest podniesienie i opuszczenie w pionie całego zestawu kilkakrotnie z jednoczesną wnikliwą obserwacją położenia spławika względem lustra wody. W przypadku narastającego przynurzania może oznaczać to miękki grunt lub delikatną, ale grubszą warstwę roślinności, a w przypadku ustawień przemiennych (raz wyżej, raz niżej) świadczy niewątpliwie, albo o roślinności dennej, albo o jakiś innych przeszkodach znajdujących się na dnie. Generalnie małe pojęcie o konsystencji dna i jego zaroście posiadam już po precyzyjnej regulacji gruntu w wybranym miejscu obserwując wyciągany kilkakrotnie zestaw z wody. Jeżeli na gruntomierzu znajdują się fragmenty mułu lub przyczepione kawałki roślin, to daje mi to duże pojęcie o łowisku, a w przypadku mułu powoduje, że zmieniam gruntomierz celem zbadania jego grubości, nawet na stromym stoku, bo wtedy i tak ugrzęźnie w jednym miejscu, a się nie stoczy w dół. Zakładając, że wyregulowałem sobie w końcu ustawienie spławika, zaczynam sprawdzać dno co kilka centymetrów wokół wybranego na wstępie miejsca, zataczając niezbyt regularne koła. Najważniejsza jest w tym momencie pełna koncentracja nad spławikiem, dlatego zresztą ustawiam go właśnie w połowie wysokości korpusu, co pozwala zlokalizować zarówno minimalne, jak i kilkucentymetrowe różnice ukształtowania dna. Gdybym ustawił grunt wystawiając ponad wodę tylko kawałek antenki, to w miejscu minimalnie głębszym spławik znalazłby się pod wodą, a ja musiałbym wyjąć zestaw zwiększając grunt i co najgorsze zdekoncentrować się, zaczynając wszystko od początku. Sprawdzając dno w okolicach wybranego miejsca, czyli wsadzając zestaw co kilka centymetrów staram się od razu wyczuć czepność dna, a więc, czy gruntomierz nie jest zasysany przez dno lub zatrzymywany przez zielsko, co w obu przypadkach objawia się użyciem większej siły przy podnoszeniu zestawu, lub, czy nie ma jakiś innych zaczepów. Niestety precyzyjne poznanie dna łowiska nieraz kończy się zahaczeniem gruntomierza o gałąź lub korzeń, albo utknięciem w kamieniach (częściej na rzece), co nieraz kończy się utratą przyponu lub całego zestawu, ale c’est la vie jak to mówią. W każdym bądź razie, przy takim gruntowaniu naprawdę można dokładnie poznać dno, a czym więcej o nim wiemy, tym lepiej możemy to wykorzystać ograniczając do minimum przypadek w końcowym wyniku połowu.
W trakcie szczegółowego gruntowania można zastosować jeszcze jeden trik, którego zadaniem jest rozpoznanie dna pod kątem roślinności. Polega on na tym, że kiedy gruntomierz znajduje się na dnie należy przesunąć szczytówkę wędki maksymalnie w lewo lub w prawo, ale tak, aby nie ruszyć ołowiu z dna i wtedy dopiero zacząć delikatnie podnosić wędkę do góry, do momentu oderwania gruntomierza od podłoża. Na tym etapie, między końcem tyczki, a żyłką utworzony jest dosyć duży kąt. Dalsze unoszenie kija do góry spowoduje przesuwanie się po dnie gruntomierza, aż do momentu ustawienia się żyłki w pionie, chyba, że po drodze natrafi on na zielsko, co wstrzyma prostowanie się żyłki i zmusi nas do szarpnięcia tyczką. Jest to dobry sposób na poznanie stopnia zarostu łowiska, ponieważ łatwo zorientować się, czy zielsko czepia się sporadycznie, czy notorycznie i metodą tą można spróbować odszukać miejsce nie tyle najgłębsze, ile najmniej zarośnięte. Wróćmy jednak do podstaw. Jeżeli wygruntowałem sobie już dosyć dokładnie fragment łowiska, który wydawał mi się najgłębszy zaczynam przesuwać zestaw w kierunku niezbadanej przestrzeni, ale jeśli dno nie wykazuje specjalnych odchyleń to skoki te nieco wydłużam. Tak samo postępuję, kiedy dno w kierunku badania wypłyca się, staram się tylko zorientować, czy nie występują jakieś górki lub dołki. Sondowanie łowiska kontynuuję teraz nieco bliżej niż pełen zasięg tyczki cofając się najczęściej co mniej więcej pół metra, w sumie sprawdzając teren do trzech metrów w kierunku brzegu i wracając z gruntowaniem do pierwotnego obszaru. Kolejnym moim działaniem jest bardziej szczegółowe zbadanie dna poza zasięgiem tyczki. Robię więc krok do wody, lub wstaję wysuwając ręce do przodu i gruntuję już bardziej pobieżnie ten obszar. Najczęściej spławik przy spadku dna znajduje się pod wodą, ale mi wystarczy w zupełności poznanie kąta pochyłu dna w kierunku środka zbiornika, a pomaga mi w jego określeniu zwykła obserwacja żyłki, a dokładniej mówiąc luz przy szczytówce powstały po dotarciu gruntomierza do dna. Oczywiście chcąc poznać w miarę dobrze ten spad robię po drodze kilka wsadów w kierunku brzegu, ale zawsze w linii prostej. Dalsze moje postępowanie zależy już ściśle od wniosków, jakie wyciągnę przy szczegółowym sprawdzaniu dna, bo o ile do tej pory wszystkie czynności były czysto techniczne, o tyle teraz następuje najważniejszy moment w całym procesie gruntowania. Jest to oczywiście trafne wybranie najwłaściwszego miejsca do podania zanęty i wsadzania zestawu oraz wyboru najodpowiedniejszej techniki i opracowania właściwej taktyki łowienia. Pierwszym i często słusznym wyborem miejsca łowienia jest najgłębsze miejsce łowiska. Najlepiej sprawdza się ten wybór, kiedy dno łowiska nie jest miękkie, ani mocno zarośnięte, a samo dno opada łagodnym, prostym spadem w kierunku środka zbiornika. Jeżeli w łowisku występuje wyraźna lub wręcz ostra skarpa, to wiadomo, że trzeba do niej dotrzeć i najlepiej też poszukać tam najgłębszego miejsca. Generalnie wszelkiego rodzaju zagłębienia i dołki są miejscami, w których naturalnie odkłada się pokarm nanoszony prądami podwodnymi wywołanymi na przykład przez fale. Dobrymi miejscami są również obszary między dwoma przeszkodami, jak na przykład pnie ściętych drzew w zbiornikach zaporowych. Inaczej trochę wygląda sytuacja w zbiornikach mocno zamulonych, przeważnie małych i mocno zarośniętych, na których rzadko tworzą się fale ruszające dnem. Tam najlepiej znaleźć kawałek twardszego gruntu, bo zanęta wrzucona w taki miękki, zarośnięty dół może nie ściągnąć ryb w łowisko. Jeżeli nie znajdziemy nic twardszego na dnie, to najlepiej eksplodującą zanętę w połowie wody umieścić na najbardziej zarośniętym miejscu, a przynętę umieścić na jego styku, w czym pomoże nam gruntowanie z drobną śrucinką na haczyku. Możemy znaleźć się również na łowisku, które jest równe, jak lekko przechylony stół, bez żadnych charakterystycznych cech dna. Wtedy, w zależności od otoczenia, jako miejsce łowienia najlepiej wybrać albo odcinek wody jak najbliżej trzciny, albo przy jakiejś roślinności (grążel, moczarka, czy coś podobnego), albo przy jakiejś gałęzi z drzewa pochylonego do wody, albo innej naturalnej, lub sztucznej przeszkodzie, mogącej dawać cień lub schronienie rybom. Przyznam się szczerze, że zawsze mam dylemat nad wyborem właściwego miejsca łowienia, kiedy po gruntowaniu okazuje się, że jakiś dołek znajduje się po innej stronie łowiska niż jakaś charakterystyczna przeszkoda, którą wstępnie przyjąłem za dobre miejsce do wstawiania zestawu, ale przyznam nieskromnie, że rzadko zdarza mi się wtedy źle wybrać. Gruntowanie tyczką pozwala na bardzo precyzyjne sprawdzenie dna łowiska
Jeżeli więc już jestem zdecydowany, gdzie będę wkładał kule (na wodzie stojącej stosuję tylko kubek zanętowy), to po pierwsze muszę obrać sobie azymut tegoż miejsca, czyli charakterystyczny punkt na drugim brzegu, żeby trafiać tam za każdym razem, a po drugie muszę ustalić taktykę połowu, a przede wszystkim miejsce umieszczenia przynęty z haczykiem (dno, nad dnem, na styku, w połowie wody itp.). I teraz bardzo ważna uwaga: ciągle nie wiem, czy pod wodą lub na jej powierzchni znajdują się jakieś prądy i ewentualnie z jaką siłą oddziaływają na zestaw. Dlatego bezpośrednio po podjęciu decyzji o miejscu łowienia zdejmuję gruntomierz i wsadzam zestaw sprawdzając, co się z nim będzie działo, czyli, czy będzie stał nieruchomo (bardzo rzadki przypadek, chyba, że przesadzimy z wypornością zestawu), czy zacznie się przesuwać w którąś stronę i z jaką prędkością. Dopiero po tym zabiegu podejmuję decyzję o wstępnym umiejscowieniu przynęty i albo zostawiam grunt ustawiony na zestawie (pół korpusu nad wodą świadczy o kilku centymetrach przyponu z przynętą na dnie), albo zakładam jeszcze raz gruntomierz i precyzyjnie ustawiam położenie przynęty względem dna. Teraz, skoro wszystko już jest przygotowane jak należy zabieram się za dodanie składników klejących do suchej, przygotowanej w domu mieszanki i odpowiednie jej dowilżenie, bo tak naprawdę dopiero teraz wiem, gdzie będę wkładał zanętę i jaka w związku z tym ma być jej konsystencja (zależna od głębokości i siły prądów podwodnych). autor: Przemysław Kaczmarek adpatacja: Daniel Noch |
Znając już główne rodzaje gruntomierzy stosowanych przez tyczkarzy omówię teraz samą technikę gruntowania, chociaż o niektórych jej elementach przed chwilą wspomniałem. Każdy wędkarz ma oczywiście swój sposób badania dna, ale podam wskazówki dla tych, którzy jeszcze nie zaczęli, lub nie zdawali sobie sprawy ze znaczenia tej czynności. 
