Ze mnie się niektórzy śmieją, a inni z uznaniem kiwają głowami... Schodzę z wody ostatni. Nawet jak jest paskudnie, nic mi się nie chcę a zawody były w błocie.
Kombajn, tak jak wszystko inne zaraz po łowieniu umyć najłatwiej, bo jest jeszcze nie zaschnięty. Płuczę pomost i nogi wodą z łowiska polewając miską. Potem z grubsza na mokro szoruję pękiem trawy lub innych chwastów i spłukuje wodą.
Podobnie kotły, zwłaszcza po glinie i ziemi. Myję i odwracam do góry nogami, żeby ściekły a potem znów odwracam, żeby wyschły. Żeby wysuszyć szybciej można pomóc naturze gazetami, w jakich mieliśmy jokersa, albo ręcznikiem.
Wędka też musi być złożona czysta i możliwie sucha. Zawsze, nawet w deszczu składanie zaczynam od tyczki. Zdejmuje kolejno i zwijam zestawy. Następnie każdy top rozkładam i zdjętą część wycieram najpierw na mokro - ręcznikiem ze zmoczonym jednym końcem, a potem na sucho - drugim końcem. Przecieram też wewnątrz końcówkę, w którą wkłada się następny element. Złożone topy kładę tak, żeby nie leżały na ziemi a na grzebieniu i np pokrowcu. Bo nie cierpię piachu w wędce. Resztę tyczki tak samo rozkładam i wycieram kolejne sekcje. Czasem zostawiam je ułożone obok siebie na trawie żeby wyschły przed złożeniem. Po co tyle ceregieli z tyką? Robię tak dlatego, ze gdy tyczkę złożyć "na brudno" cały syf, jaki jest na zewnątrz blanków dostaje się do wnętrza grubszych sekcji, w które je wkładamy. A przecież stamtąd znacznie trudniej usunąć piasek, zanętę, pleń czy co tam jeszcze! Zwłaszcza gdy mamy Clean Capy.
Wszystko razem zajmuje 15 minut więcej, niż pakowanie syfu, ale za to mamy w domu mniej roboty, a w samochodzie mniejszy bałagan. Czasem w ciepły dzień to wystarczy żeby wyschła nam nawet siatka. Wtedy nam nie śmierdzi w aucie podczas powrotu.
Muszę tu dodać, że nieraz taką operację musiałem przeprowadzić po zawodach na dzikim Bugu, gdzie kombajnu nie dawało się ustawić inaczej niż na deskach. WSZYSTKO było w błocie