Odnośnie kostek sera, to mi sprawdziło się stare powiedzenie „jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma”. Być może podobnie podchodzą do tematu ryby. Historia, o której chcę wspomnieć miała miejsce na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy to często spacerowałem sobie z karabinem wzdłuż granicy z Niemcami na Nysie Łużyckiej. Zaznaczam, że zarówno karabin, jaki i pobyt w uzdrowisku znanym potocznie pod nazwą „strażnica WOP” miał charakter czysto przymusowy, co znacznie ograniczało moje możliwości finansowe do comiesięcznego, symbolicznego żołdu. Nie mniej jako nałogowy wędkarz musiałem kombinować jak przetrwać te ciężkie chwile nie rezygnując jednocześnie z wszystkich nałogów, w tym z wędkarstwa. Zwyczajowo w czasie patroli posiadałem przy sobie nawinięty na klapce gotowy zestaw, a w strategiczno-obserwacyjnych miejscach rzeki przygotowane wędki wycięte niezbędnikiem z leszczyny (coś między królem Ćwieczkiem, a wczesnym średniowieczem :silly: ) i w przerwach na służbie, wolnych od łapania niebezpiecznych przestępców przekraczających granicę naszego państwa, zakładałem na haczyk kulkę z chleba lub wykopane na prędce robaki (a miałem nad nimi zdecydowaną przewagę militarną, więc poddawały się bez walki :lol: ) i zarzucałem zestaw w odmęty tej szybkiej rzeki. Efekty tego procederu bywały mizerne, ale mi chodziło przecież o zupełnie coś innego niż wynik. Na szczęście każdemu żołnierzowi, który nie podpadł dowództwu z różnych powodów (nie będą dawał przykładów, bo to czytają przecież kobiety i dzieci :ohmy: ) przysługiwała tzw. „stałka”, czyli możliwość opuszczenia miejsca zakwaterowania na podstawie posiadanej „przepustki stałej”. Chociaż różnie układały mi się służby, to przynajmniej raz na dwa tygodnie udawało mi się wyrwać na ryby, na pobliską przecież Nysę. Takie wyjście poprzedzone było oczywiście odpowiednimi przygotowaniami. Najpierw musiałem załatwić sobie przynęty oraz łapówkę (?). Chodzi tutaj o zwykły żółty ser, który kombinowałem od „gospodarczego”, czyli żołnierza odpowiedzialnego za wyżywienie na strażnicy (zapewniam, że nikt nie głodował z tego powodu ;) ), a następnie część zdobytej kostki sera wycinałem sobie na przynętę i zanętę, a większą resztę dawałem miejscowemu starszemu i jedynemu wędkarzowi we wsi w zamian za wypożyczenie 2 wędek na parę godzin. Gościu zawsze był chętny do tej transakcji, bo wiedział, że wystarczy mu przynęty przynajmniej na kilka dni, a to on mnie przekonał do tej przynęty. Oprócz sera chwytałem także rosówki, które wychodziły na powierzchnię na zawołanie. Cała akcja odbywała się na podwórku wspomnianego wędkarza, a polegała na wcześniejszym polaniu fragmentu ziemi wodą i po kilkudziesięciu minutach wbiciu wideł w ziemię podłączonych do akumulatora. Po chwili wystarczyło już tylko pozbierać robaki i iść na ryby. No i wreszcie nawiązując do tematu, kiedy miałem już te bambusowe wędki z kołowrotkami o stałej szpuli, to zmieniałem tam tylko swoje przypony z haczykami i nieraz zakładałem spławik, a nieraz rzucałem po prostu na grunt. Jeżeli chodzi o przynętę, to zawsze zaczynałem od małej kostki sera, natomiast do wody wrzucałem luźno nieco w górę rzeki kilka większych kostek, natomiast rosówki zakładałem tylko awaryjnie, kiedy ryby nie chciały brać na ser. Jeżeli chodzi o wyniki, to pomimo wcześniejszych prób z chlebem zdecydowanie bardziej skuteczny okazał się żółty ser. Rewelacyjnie szły do tego klenie, brzany, płocie, a nawet łowiłem na kostki sera ukleje, z tym, że brzany raczej brały z gruntu i muszę przyznać, że brań tych ryb bywało sporo, tylko nie zawsze w tych ciężkich czasach mi refleks dopisywał :blush: , a zacinać trzeba było natychmiast po braniu (tutaj mała podpowiedź odnośnie tematu JOKERA Cel-Brzana, o wspomnianym aromacie sera). Klenie płocie i ukleje przeważnie łowiłem na przepływankę, z tym, że zawsze na końcu mocno przytrzymywałem i czekałem kilkadziesiąt sekund, co też kończyło się często braniami. Najgorsze jest jednak to, że do dzisiaj nie wiem, czy to specyficzny aromat żółtego, taniego (bo to przecież było dla żołnierzy, a nie dla ludzi) sera prowokował do żerowania ryby na Nysie Łużyckiej, czy jak wspomniałem na początku brały, bo tylko to miały?