Kubek88 właśnie najbardziej obawiam się tej logicznej strony podejścia do tego tematu. Wystarczy, że jak napisze jakiś dziennikarz „rozmawiam ze znanym profesorem X, doradcą Ministra Ochrony Środowiska” i nie ma już żadnego znaczenia, że gościu jest na przykład leśnikiem, społeczeństwo czytające w wywiadzie o tym, że ów profesor jest przekonany o zagrożeniu jezior i rzek przez zanętę wędkarską, automatycznie się zbulwersuje. Czytałem niedawno na jakimś forum miejskim wypowiedzi zwykłych ludzi właśnie o wrzucaniu zanęt przez wędkarzy do jakiegoś jeziora. Jeden z forumowiczów był strasznie zbulwersowany, że kąpie się we wodzie, w której gniją kilogramy zanęty (chyba pisał o makaronie). Miałem ochotę się zalogować i odpisać mu, że jest gorzej niż myśli, bo ryby bezpośrednio srają do tej wody i są to wcale nie małe ilości, więc nawet jak nie będzie wędkarzy to i tak wykąpie się w rybim łajnie. Dałem sobie jednak spokój, bo to i tak nic nie zmieni. Dlatego najważniejszą obroną naszego spławikowego hobby jest u d o w o d n i e n i e wynikami badań, że wpływ zanęty nie zagraża środowisku wodnemu. Bo nikt mnie nie przekona, że wędkarze są w stanie zanęcaniem bezpośrednio zagrozić rybom. Dlaczego? Otóż od momentu, kiedy mogłem już sam utrzymać wędkę ojciec zabierał mnie ze sobą na ryby. Również nad Wartę. Niestety nie pamiętam z dzieciństwa Warty, która była jeszcze czysta. No, ale jak się nie ma co się lubi to... . Więc łowiłem również ryby w tej rzece. Słuchajcie młodsze pokolenie, możecie mi nie wierzyć, ale poprzedni system polityczny ochronę środowiska miał gdzieś na 1245 miejscu priorytetów rządowych, więc do rzeki szło wszystko bezpośrednio z fabryk i zakładów, które pracowały wtedy na trzy zmiany, wszystkie ścieki miejskie, spływy z pól oprysków chemicznych i nawozów sztucznych oraz okresowo zrzuty mazutu i innych pochodnych ropy naftowej. Do dzisiaj pamiętam z dzieciństwa zapach, który unosił się nad wodą po dotarciu nad Wartę, był to zapach fenolu. I trwało to ładnych parę lat, a zaczęło przecież jeszcze zanim się urodziłem. Woda nie miała wtedy żadnej przeźroczystości, na powierzchni mieniła się kolorami unoszącej się ropopochodnej mazi, jak benzyna w kałuży, o smrodzie fenolu już wspominałem, ale wiecie co jest najdziwniejsze? Ja tam łowiłem ryby, gorzej lub lepiej, ale one po prostu tam żyły. Mało tego, z gruntu często trafiały się raki, podhaczało się małże, a na spining co jakiś czas wyciągałem jakieś zielsko. Jak to jest możliwe? Jasne, że bywały okresy wybitej kumulacji czyszczenia zbiorników w wielkich fabrykach (Ner też był przecież do niedawna ściekiem, a wypróżniała się do niego cała Łódź i to wszystko wpływało do Warty) i wtedy ichtiofauna nie wytrzymywała braku tlenu we wodzie i występowały masowe śnięcia ryb. Ale życie znowu się odradzało i znowu można było tam łowić ryby. A gdzie tutaj zanęta i glina w tej samej, dużo już czystszej rzece, która przecież sama się oczyściła? Z jeziorami jest podobnie. Tam, gdzie pola przylegały do brzegów, to po każdym deszczu w porach oprysków i nawożenia można było mówić o małej katastrofie ekologicznej. A co z jeziorami leśnymi? Co roku, nieraz już od tysięcy lat wpadają do wody tony liści i różnej maści owoce z drzew. A one ciągle trwają. Czasami zamulają się, ale tok życia się w nich nie zmienia. Ale gdyby tylko człowiek wrzucił do jakiego otwartego jeziora tyle samo liści, to od razu zrobiłby się hałas o dewastację środowiska. Bo to zrobił człowiek, a tamto zrobiło się samo.
Dlatego nikt mnie nie przekona (chyba, że ktoś dostarczy konkretne wyniki badań), że biogeny z zanęt wędkarskich mogą wpłynąć na środowisko wodne w sposób zagrażający zarówno w jeziorach, a już na pewno nie w rzekach polskich (w innych krajach chyba też za bardzo nie zagrażają?). Bo najtrudniejsze w tym wszystkim jest zarówno udowodnienie, jak i obalenie tej teorii i dlatego właśnie obawiam się dyskusji logicznej, bo tu zwyciężą zawsze lobbyści.